Czy trzeba nosić garnitur, żeby dobrze pracować? 29 kwietnia 2025 O ubraniu, które nie gniecie w brzuch i nie ściska myśli W wielu miejscach pracy garnitur nadal funkcjonuje jak zbroja – niby nikogo już nie dziwi bluza na wideorozmowie, ale kiedy ktoś przychodzi na spotkanie w zbyt miękkim swetrze, wciąż potrafi paść komentarz. „Luźno się dziś ubrałeś?”, „Oj, chyba zdalne się przedłużyło?”. To nie są złośliwości z premedytacją – raczej odruch, który pokazuje, że elegancja nadal jest kojarzona z efektywnością. Tylko czy słusznie? Można wyglądać na profesjonalistę, a działać zupełnie nieefektywnie. Można też wyglądać zwyczajnie – i robić rzeczy, które ratują deadline’y całego zespołu. Ubranie nie ma magicznych właściwości, ale ma wpływ. I właśnie temu warto się przyjrzeć: jak bardzo to, co mamy na sobie, wpływa na to, jak się czujemy, jak się ruszamy i jak myślimy. Praca to nie pokaz mody – czyli kiedy dress code zaczyna przeszkadzać Zasady ubioru powstały po coś – nie bez powodu pewnych rzeczy nie zakładamy na spotkanie z klientem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta zasada staje się sztywna, nieelastyczna i kompletnie oderwana od realiów codziennej pracy. A jeszcze większy wtedy, gdy sama obecność w pracy wiąże się z fizycznym dyskomfortem. W praktyce wygląda to tak: ktoś nosi koszulę, która lekko uwiera, ale przecież „tak trzeba”. Ktoś inny zrezygnował z porannego spaceru, bo w biurze nie wypada się spocić. Ktoś kolejny codziennie zakłada buty, w których nie da się przejść więcej niż pięć minut bez obtarcia – bo wyglądają „odpowiednio”. I tak dzień po dniu ciało wysyła mikrosygnały: niewygoda, napięcie, ograniczenie ruchu. Nie trzeba pracować w fizycznym zawodzie, żeby odczuwać skutki złych ubrań. Siedzenie w ubraniu, które uwiera, to jak siedzenie w aucie bez możliwości zmiany pozycji. Przez osiem godzin. Codziennie. Komfort jest bardzo ważny. Komfort to baza, dzięki której da się funkcjonować, a nie jedynie przetrwać dzień w pracy. Jak ubranie wpływa na skupienie? Zanim usiądziesz do pisania raportu, ciało już pracuje – dostosowuje się do pozycji, reguluje oddech, próbuje znaleźć wygodny układ. Jeśli coś przeszkadza – za ciasne spodnie, stanik z twardymi fiszbinami, spodnie, które zsuwają się z krzesła – ciało będzie próbowało się dopasować. Za każdym razem od nowa. I to kosztuje więcej energii, niż się wydaje. Dyskomfort fizyczny, nawet niewielki, obniża zdolność do długiego utrzymywania uwagi. To się dzieje poza naszą świadomością. Czujemy się bardziej rozdrażnieni, mniej cierpliwi, szybciej się rozpraszamy. To reakcja organizmu na niski, ale stały poziom napięcia. Ubrania powinny działać jak tło – nie przypominać o sobie co kilka minut. Gdy nie musisz myśleć o tym, że coś się podwija, obciera albo odstaje – możesz się skupić na pracy. Dlatego warto patrzeć na garderobę nie przez pryzmat wizerunku, ale przez pryzmat funkcjonalności. Profesjonalizm nie ma metki z nazwą marki. Profesjonalizm to spokój i gotowość do działania – a nie walka z kołnierzykiem. Efekt „domowego stroju” – komfort a rozleniwienie Kiedy przyszła pandemia, wiele osób po raz pierwszy poczuło, co to znaczy naprawdę pracować w wygodzie. Dzień bez stanika, dres zamiast dżinsów, kapcie pod biurkiem. Na początku wydawało się, że to tylko chwilowa ucieczka od „normalności”. Ale z czasem wiele osób zaczęło się zastanawiać: może wcale nie trzeba się ściskać i napinać, żeby robić dobrą robotę? Problem pojawił się gdzieś po drodze. Część ludzi zaczęła tracić rytm, motywację, odklejać się od obowiązków. W jednym z badań opublikowanych przez Medical Journal of Australia, osoby, które codziennie pracowały w piżamie, zgłaszały gorsze samopoczucie psychiczne. Nie dlatego, że były mniej produktywne. Po prostu trudniej było im odróżnić dzień pracy od dnia odpoczynku. Granice się rozmyły. I to właśnie granice – a nie metka na kołnierzu – okazują się najważniejsze. Człowiek nie potrzebuje garnituru, żeby wejść w tryb pracy, ale potrzebuje sygnału, że ten tryb właśnie się zaczyna. Dla niektórych będzie to koszula bez krawata, dla innych czyste, wygodne ubranie, które nie kusi, by położyć się z laptopem na kanapie. Chodzi o ubiór, który nie rozleniwia, ale też nie uciska. Konkretnie: jak ubiór wpływa na myślenie? Hajo Adam i Adam Galinsky, dwaj badacze z Northwestern University, przeprowadzili słynny eksperyment, w którym poprosili uczestników, by założyli białe fartuchy. Połowie z nich powiedziano, że to lekarskie kitle. Drugiej połowie – że to fartuchy malarzy. Wszyscy wykonywali te same zadania wymagające skupienia. Wynik? Ci, którzy wierzyli, że noszą lekarskie ubranie, byli bardziej uważni i precyzyjni. To oczywiście efekt skojarzeń. Człowiek automatycznie wchodzi w określony stan psychiczny, kiedy jego strój kojarzy się z odpowiedzialnością, skupieniem czy profesjonalizmem. Ale działa to tylko wtedy, gdy ubranie nie drażni i nie rozprasza. Jeśli coś jest za ciasne, za szorstkie albo za głośne (każdy zna ten dźwięk spodni ze sztucznego materiału), myśli niefajnie błądzą. Dr Carolyn Mair, psycholożka zajmująca się modą, od lat mówi o tym, że to, co mamy na sobie, wpływa nie tylko na to, jak się czujemy, ale też na to, jak myślimy. I nie chodzi o to, by zawsze wyglądać „jakoś”. Chodzi o to, by ubiór był naszym sprzymierzeńcem w codziennych działaniach. Kiedy wygląd naprawdę ma znaczenie? Są takie momenty, kiedy wygląd po prostu musi być dopracowany. Spotkanie z klientem, prezentacja przed zarządem, rekrutacja, konferencja. Nikt rozsądny nie powie: „idź w legginsach i t-shircie, przecież liczy się wnętrze”. W takich sytuacjach forma też jak najbardziej coś mówi. Sugeruje, że ktoś podszedł do sprawy poważnie, że uszanował kontekst, że nie bagatelizuje relacji. Jednak między elegancją a sztywną zbroją jest cała gama możliwości. Są marynarki z miękkich materiałów, które nie krępują ruchów. Są eleganckie spodnie z gumką w pasie, które nie wbijają się w brzuch po lunchu. Są koszule bez stójki, które nie duszą, gdy trzeba mówić przez dwie godziny. Nie trzeba zrzucać klasy, żeby zyskać wygodę. Wystarczy przestać wierzyć, że profesjonalizm oznacza zawsze niewygodę. Bo jeśli coś uciska szyję, ściąga ramiona i poddusza po godzinie – to prędzej czy później odbije się na głosie, na ciele, na energii. A tej, w dniu ważnego spotkania, nie warto tracić na walkę z guzikiem. Co mówią ludzie, którzy pracują w ubraniach „dla siebie” W biurze łatwo zapomnieć, że za strojem idą też emocje. Wspomnienia, skojarzenia, różne „narracje”, które nosimy razem z materiałem. Są osoby, które wchodzą do pracy w dopiętym na ostatni guzik zestawie i czują się wtedy… niewidzialne. Bo ten strój nie pasuje do nich, nie oddaje ani tego, kim są, ani jak pracują. Zdarzają się też tacy, którzy mówią: „Założyłam tę marynarkę i nagle poczułam, że mogę się odezwać na spotkaniu”. Albo: „Nie wiem, co jest z tym swetrem, ale w nim zawsze szybciej ogarniam te raporty”. To nie żarty. To codzienne doświadczenia ludzi, którzy odkryli, że ubranie może być czymś więcej niż opakowaniem. Może dawać poczucie bezpieczeństwa. Albo wręcz przeciwnie – odbierać je. Nie każdy powie to głośno, ale wiele osób ma w szafie zestawy, które są ich roboczym wsparciem. Ubrania, w których się myśli lepiej. Ubrania, w których się mniej boją odezwać. I takie, które zakładają, bo „tak trzeba”, a potem siedzą cały dzień z zaciśniętym żołądkiem, udając, że wszystko w porządku. Home office kontra biuro Praca zdalna miała być ogromnym luzem. I dla wielu nim była – do momentu, w którym przestała. Wtedy, gdy ktoś się zorientował, że od rana siedzi w tym samym, w czym spał. Że nie wyszedł z mieszkania od trzech dni. Że nie pamięta, kiedy ostatni raz miał coś na sobie, co dawało mu pewność siebie. W domu można sobie pozwolić na więcej. Ale to „więcej” też ma swoje granice. Dla jednych wystarczy założyć jeansy, by wejść w tryb pracy. Dla innych – chodzi o fryzurę, buty, zegarek. Wszyscy mamy swoje „przełączniki”. Biuro często je narzuca z góry, home office – zostawia pełną dowolność. I tu właśnie zaczyna się pole do eksperymentowania. Co mi pomaga, a co mnie rozmywa? Nie chodzi o to, żeby w domu siedzieć jak na rozmowie o pracę. Ale jeśli przez tydzień nie wiesz, w co byłeś ubrany, to może czas przemyśleć, jak ta wygoda działa na Ciebie. Niektóre organizacje próbowały uszczelnić każdą dziurę w kulturze pracy Od godziny logowania po długość spódnicy. Skończyło się tym, że ludzie przestali myśleć samodzielnie, bo wszystko było „za nich”. Inne zrobiły coś odwrotnego – puściły trochę powietrza. Dały zgodę na luz. W ubiorze, w trybie pracy, w relacjach. I co się stało? Pracownicy zaczęli się rozgaszczać. Zaczęli mówić więcej, robić lepiej, działać z większym spokojem. Są firmy, które całkowicie zniosły dress code i pozwoliły ludziom przychodzić tak, jak chcą – z jednym zastrzeżeniem: musisz być ubrany tak, żeby nie czuć się zażenowany, gdy przypadkiem trafisz na klienta na korytarzu. I to wystarczyło. Bo kiedy człowiek czuje się dobrze w tym, co ma na sobie, nie musi walczyć z własnym ciałem. Może zająć się robotą. Efekt uboczny to mniej zwolnień lekarskich, więcej inicjatywy, lepszy klimat. Bo kiedy firma przestaje kontrolować metkę na spodniach, a zaczyna ufać, że ludzie mają rozum – zazwyczaj wychodzi na tym lepiej. Na koniec wracamy do pytania z tytułu: czy trzeba nosić garnitur, żeby dobrze pracować? Nie. Trzeba nosić coś, w czym da się oddychać. Bo ciało to jednak nie dekoracja. Jeśli przez cały dzień czuje się źle, głowa nie będzie się miała lepiej. Nie ma nic złego w tym, że ktoś lubi elegancję. Albo że lubi sportowy styl. Problem zaczyna się wtedy, kiedy człowiek zakłada coś, co nie jest jego. Co go napina, uwiera, odbiera swobodę. Wtedy zamiast skupić się na rozmowie, skupia się na tym, czy dobrze wygląda. Zamiast pisać, poprawia kołnierzyk. Ubiór to komunikat – najpierw do samego siebie. Jeśli mówi: „daję Ci luz, ruszaj się swobodnie, masz prawo czuć się dobrze”, to warto go posłuchać. Bo ubranie nie ma być dowodem kompetencji. Ma być narzędziem, które pozwala te kompetencje w ogóle uruchomić.
Oczekiwania dotyczące coachingu zdrowia w miejscu pracy: badanie jakościowe z udziałem interesariuszy